Są takie miejsca i momenty, w których czas wyraźnie zwalnia, a dłonie same szukają kontaktu z tym, co prawdziwe, surowe i wyrosłe z ziemi. W sierpniu miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w czterodniowych warsztatach „Dzika Przędza”, które w swojej Pracowni Rzemiosł Dawnych na malowniczym Pojezierzu Drawskim prowadzi Ola.
Jeśli ciekawi Was, jak wygląda taka podróż do korzeni i czy naprawdę da się zamienić igły sosnowe w użytkową nitkę – zapraszam Was na opowieść o cierpliwości, rytmie i głębokim szacunku do dawnego fachu.

Zaczynamy przygodę z dzikimi włóknami.
Miejsce wyjęte z przeszłości
Pracownia Rzemiosł Dawnych leży dosłownie na skarpie zielonego wzgórza. To przestrzeń, która już na progu sprawia wrażenie przeniesionej z dawnych wieków. Wnętrze jest całkowicie drewniane – stoją tam masywne stoły, proste ławy, a wokół nich kołowrotki i przybory przeznaczone do obróbki włókien. Co najważniejsze: te przedmioty nie stanowią jedynie muzealnych rekwizytów. Przez całe cztery dni intensywnie na nich pracowaliśmy, przywracając im ich pierwotne przeznaczenie.

Pracownia Rzemiosł Dawnych – tu czas płynie zupełnie inaczej.
Dzień 1: Wełna i szukanie własnego rytmu
Naszą przygodę rozpoczęliśmy od wełny. Była przygotowana i ufarbowana – należało ją starannie uczesać, a potem uprząść.
Przy pracy na kołowrotku nie pomoże żaden wykład teoretyczny. Trzeba po prostu usiąść i zacząć działać. Na początku każdemu z nas wydawało się to niezwykle trudne. Wełna rwała się w dłoniach, ręce zupełnie nie nadążały za pracą nóg, a brak koordynacji potrafił na chwilę odebrać pewność siebie. Jednak z każdą kolejną minutą, pod czujnym i cierpliwym okiem Oli, wyłaniał się z tego chaosu właściwy ruch.

Wnętrze pracowni i kołowrotki, na których przędliśmy.
Gdy złapie się ten właściwy takt, przędzenie przestaje być mechaniczną czynnością, a staje się medytacyjną melodią.
Ruchy stają się intuicyjne i pod koniec pierwszego dnia oporna początkowo wełna zamieniła się w dłoniach w puchatą, miękką chmurkę. Robiąc to razem, w pełnym skupieniu, po prostu całkowicie się wyciszyliśmy.
Dzień 2: Len – od suchego badylka do grzywy
Kolejnym wyzwaniem był len. W przeciwieństwie do gotowej wełny, tutaj część procesu przygotowawczego leżała po naszej stronie. Len, który przędliśmy, Ola sama sieje, zbiera, a następnie poddaje tradycyjnemu procesowi przygotowania.
Dostaliśmy go w postaci pęków suchych łodyg. Aby uzyskać z nich przędzę, musieliśmy go najpierw zmiędlić i wyczesać. Dopiero gdy przed nami leżała gładka, lniana „grzywa”, mogliśmy usiąść do kołowrotka. Len okazał się twardszy i wymagający większej uwagi niż wełna, ale krok po kroku opanowaliśmy i ten surowiec.

Od suchych łodyg do gładkiej grzywy – przygotowanie lnu do pracy na kołowrotku.
Dzień 3: Pokrzywa i wyprawa w chaszcze
Gdy się nam wydawało, że w miarę opanowaliśmy już lniane włókno, nadszedł czas na pokrzywę. Pracowaliśmy na dwóch jej rodzajach: pokrzywie zebranej przez Olę jeszcze zimą i świeżej pokrzywie, po którą sami wyruszyliśmy na wyprawę w zarośla.

Aby uprząść pokrzywy, trzeba je najpierw zebrać.
Przygotowanie pokrzywy do przędzenia wymagało sporej delikatności. Nitka wyszła niezwykle subtelna i trudniejsza w prowadzeniu niż len – nagle to oporne wcześniej włókno wydało nam się wdzięcznym i łatwym materiałem.
Dzień 4: Niezwykły sekret sosnowych igieł
Ostatni dzień przyniósł coś, co z zewnątrz mogłoby się wydawać niemożliwe. Przyszedł czas na igły sosnowe.
Tak, z igieł sosnowych naprawdę można uprząść trwałą nitkę. Tajemniczą recepturę i technikę posiada zapewne niewiele osób – Ola sama przez długi czas poszukiwała dawnych źródeł i sposobów, aby zgłębić tę zapomnianą sztukę.
Przy przędzeniu igieł sosnowych wszystkie wcześniejsze surowce – wełna, len czy pokrzywa – wydały nam się wręcz dziecinnie proste. Praca wymagała ogromnego skupienia, ale ostatecznie każdemu z nas udało się uzyskać przędzę, a trudności z igłami tylko głębiej wciągały w to niezwykle bliskie spotkanie z zapomnianym rzemiosłem, ciszą i czystą uwagą.

Nić z igieł sosnowych – dowód na to, jak niezwykłe możliwości kryje w sobie natura.
Zrozumieć czas i trud dawnych pokoleń
Dopiero po spędzeniu tych czterech dni w Pracowni Rzemiosł Dawnych można naprawdę docenić trud naszych przodków. Ileż troski, powtarzalnych zabiegów, siły fizycznej i cierpliwości wymagało stworzenie prostej nitki, z której potem tkano ubiory. W świecie zdominowanym przez pośpiech i gotowe produkty, to doświadczenie głęboko porusza i uczy szacunku do materiału.
Spędziłam tam czas w otoczeniu leśnej ciszy, czerpiąc z wiedzy o dawnych sposobach życia – gdzie dawne rzemiosło to nie historia z książek, ale żywa, dotykalna codzienność.
Jeśli chcecie dotknąć tego świata własnymi rękami – z całego serca polecam Wam warsztaty u Oli. Jej twórczość oraz zapowiedzi kolejnych spotkań możecie śledzić na profilu @pracownia_rzemiosl_dawnych na Instagramie oraz na stronie Pracowni Rzemiosł Dawnych.

Uważajcie jednak, bo to wciąga. Łatwo złapać bakcyla i zyskać pasję, o której nie da się tak po prostu zapomnieć.





Cudownie ujęte💚
Dziękuję pięknie. To była dla mnie niezwykła przygoda i ogromna przyjemność móc doświadczyć tego wszystkiego na żywo w Twojej pracowni. Jeszcze raz dziękuję za całą wiedzę i wspaniałą atmosferę.
I ja tam byłam, nitki robiłam, Lulek nie paliłam ale dzielnie się sprawiłam.
Nowe umiejętności poczyniłam, chęci do dalszej nauki nabyłam, czego wam czytającym polecam bo było pięknie, spokojnie, atmosfera wspaniała, cdn.
Ależ piękny wierszyk! 😀 Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w tej przygodzie. Praca pod okiem Oli była bardzo wartościowym doświadczeniem. Pozdrowienia.