Czy znacie historię wielkiego sukcesu gospodarczego Kotliny Jeleniogórskiej na Dolnym Śląsku, która w dawnych czasach była nazywana „Białą Kotliną” lub „Kotliną Białego Złota”? Nazwa ta wzięła się bezpośrednio od wyjątkowej jakości produkowanego tam lnu.
Wytwarzane na Śląsku płótno lniane cieszyło się ogromną sławą i było eksportowane na cały świat – kupowano je na dworach europejskich, w basenie Morza Śródziemnego, na Bliskim oraz Dalekim Wschodzie. Trafiało ono nawet na Szlak Jedwabny, gdzie wymieniano je za chiński jedwab.
Dlaczego len ze Śląska był tak wyjątkowy?
-
Gleba: Ziemia w Kotlinie Jeleniogórskiej sprzyjała uprawie wyjątkowo szlachetnych odmian lnu, dając doskonałe plony.
-
Woda: Skład chemiczny lokalnych wód idealnie nadawał się do obróbki surowca. Woda naturalnie zmiękczała, odbarwiała i uszlachetniała włókna w sposób, który współcześnie wymaga skomplikowanych procesów chemicznych.
-
Słońce i położenie: Wykonane płótna rozkładano na okolicznych łąkach i stokach, wystawiając je na działanie promieni słonecznych. Dzięki temu procesowi len uzyskiwał niespotykany, szlachetny odcień czystej bieli.

Max Liebermann, Bielenie lnu na trawie (Die Rasenbleiche) – tradycyjny proces rozkładania płócien na słońcu. Źródło: Wikimedia Commons
Przełom technologiczny i powstanie tiulu
Kluczową postacią dla śląskiego tkactwa stał się mistrz Mencel z Pakoszowa. Eksperymentował on z obróbką włókna i udoskonalił warsztat tkacki w taki sposób, że zaczął uzyskiwać niezwykle cienkie, delikatne kupony materiału przypominające mgiełkę. Wyroby te, służące między innymi jako welony ślubne, nazwał tiulem. To właśnie ta delikatna tkanina zyskała miano „białego złota” i przyniosła regionowi ogromne bogactwo.
Mistrz Mencel założył również jedną z pierwszych organizacji rzemieślniczych, w której uczył rzemiosła wybranych uczniów, zazdrośnie strzegąc tajemnic konstrukcji swojego warsztatu. Warto dodać, że w tamtych czasach samo tkactwo było domeną wyłącznie mężczyzn.
Pakoszów, choć dziś jest kameralną częścią karkonoskich Piechowic, w XVIII i XIX wieku był tętniącym życiem, kosmopolitycznym punktem na mapie Europy. Wszystko za sprawą unikalnego statusu pałacu, który nie był typową wiejską rezydencją magnacką, lecz luksusowym, reprezentacyjnym „pałacem-bielarnią”. Pakoszów przyciągał też różne osobistości, ponieważ oferował unikalny na tamte czasy miks: światowy kapitał, najnowocześniejszą technologię, luksusowe warunki bytowe oraz magnetyczne piękno karkonoskiej przyrody. Dla królów był to strategiczny punkt gospodarczy, dla dyplomatów lekcja nowoczesnego przemysłu, a dla artystów – oaza spokoju i natchnienia.
Tę historię można opowiedzieć od różnej strony. Jeśli masz ochotę przenieść się w te niezwykłe rejony za pomocą dźwięku, gorąco zachęcam Cię do posłuchania klimatycznego podcastu, który pięknie opowiada o dziejach tego miejsca:
🎧 Posłuchaj opowieści o historii Pakoszowa i Białej Kotliny na YouTube
W pierwszej części mojej pisanej opowieści zacznę jednak od melodramatu życia osobistego, czyli klątwy i dramatycznych losów samej rodziny.

Pałac Pakoszów przy ulicy Zamkowej w Piechowicach – barokowy „pałac-bielarnia” u podnóża Karkonoszy. Źródło: Polska-org.pl
Saga rodu z Pakoszowa: Trzy wieki kobiecej siły
Saga rodu z Pakoszowa to jedna z najbardziej fascynujących, a zarazem melancholijnych opowieści Dolnego Śląska. Przez niemal trzysta lat historia tego miejsca była pisana przez kobiety, które musiały brać na swoje barki zarządzanie wielkim majątkiem i fortuną. Oto jak splatały się losy miłości, straty i kobiecej siły z pokolenia na pokolenie.
Pokolenie I: Ofiara nieszczęśliwej miłości i początek klątwy
Wszystko zaczęło się w pierwszej połowie XVIII wieku od córki mistrza tkackiego Mencla. Była zaręczona z niezwykle utalentowanym uczniem swojego ojca. Chłopak kochał ją bezgranicznie, a ich małżeństwo miało przypieczętować sukces warsztatu tkackiego.
Wtedy w Pakoszowie pojawił się Johann Martin Gottfried – bajecznie bogaty, światowy kupiec handlujący śląskim lnem. Między nim a córką Mencla wybuchło gwałtowne, wzajemne uczucie. Ojciec postawił twardy warunek: odda rękę jedynej córki, jeśli Gottfried porzuci życie w podróży, osiedli się na miejscu i zbuduje dla niej godny, reprezentacyjny dom.
Gottfried dotrzymał słowa, kupił ziemię i w ekspresowym tempie wzniósł barokowy pałac. W 1724 roku odbyło się huczne wesele na tysiąc gości. Jednak w tę samą noc poślubną doszło do tragedii. Odrzucony, zrozpaczony młody tkacz, nie mogąc znieść myśli o utracie ukochanej, rzucił się do pałacowego stawu. Przepełniony żalem, przed śmiercią rzucił urok na rodowe nazwisko Gottfrieda: przez dwanaście pokoleń żaden męski potomek nie dożyje dojrzałego wieku, a tym samym nie przejmie tego majątku.
Pokolenie II i III: Dominacja kobiet i zmiana nazwisk
Klątwa zaczęła działać niemal natychmiast. Córka Mencla urodziła Gottfriedowi dzieci, jednak jedyny syn umarł w niemowlęctwie. Pozostały trzy córki. Majątek uległ podziałowi, a sam pałac przypadł najstarszej z nich.
Dziewczyna wyszła za mąż za zamożnego kupca powiązanego z Hanzą o nazwisku Schrimpf. Ślub był wspaniały, ale młody małżonek umarł niedługo po nim. Młoda wdowa przejęła stery, zarządzała bielarnią i dbała o interesy. Urodziła jednak… tylko córki. Sytuacja powtórzyła się w kolejnym pokoleniu. Pałac przeszedł w ręce kolejnej kobiety, która wniosła go w posagu nowemu mężowi, baronowi o nazwisku Hess. To właśnie za czasów tej generacji w Pakoszowie narodziła się potęga „Bielarni Hessa”.

Historyczna Bielarnia Hessa w Pakoszówie – Źródło: Materiały archiwalne
Pokolenia IV – XI: Przetrwać wojny i czas
Przez całe XIX stulecie i początek XX wieku historia toczyła się według tego samego wzorca. Kolejne panie na Pakoszowie rodziły córki, synowie umierali młodo, a z każdą kolejną generacją zmieniało się nazwisko właścicieli (pojawił się m.in. ród Smith). Kobiety z tej rodziny stały się ucieleśnieniem śląskiej przedsiębiorczości. Musiały radzić sobie z kryzysami gospodarczymi, wojnami napoleońskimi oraz stopniowym wygasaniem ery tradycyjnego kunsztu tkackiego na rzecz mechanizacji.
Pokolenie XII: Wojenna ucieczka i wielka strata
W okresie międzywojennym pałacem zarządzała kolejna silna kobieta z rodu, która miała dwójkę synów i córkę. Wybuch II wojny światowej przyniósł kolejną stratę – obaj synowie polegli na frontach. Gdy na początku 1945 roku nadciągała Armia Czerwona, młoda matka podjęła dramatyczną decyzję o ucieczce z niemowlęciem na ręku na zachód.
W 1947 roku polskie władze ostatecznie znacjonalizowały majątek. Stryj, który pozostał na miejscu i próbował chronić dom, nie był w stanie znieść widoku dewastacji ukochanego pałacu. Mężczyzna popełnił samobójstwo. Trzystuletnia historia rodziny w Pakoszowie wydawała się bezpowrotnie zamknięta.

Pałac Pakoszów w ruinie przed odbudową – ślad powojennych zniszczeń majątku. Źródło: Polska-org.pl
Pokolenie XIII: Powrót chłopca i złamanie klątwy
Mijają dekady. Mały chłopczyk, z którym uciekano przed wojną, wyrósł w Niemczech na wybitnego lekarza i profesora – Hageniusa Hartmana. W 1998 roku, po zmianach ustrojowych w Polsce, profesor Hartman wraz z żoną przyjechał do Pakoszowa. Zastał kompletną ruinę, ale podjął mozolną walkę o przywrócenie świetności temu miejscu. Stopniowo odkupił zniszczone mury, a potem okoliczne stawy – w tym ten, w którym 300 lat wcześniej utonął nieszczęśliwy tkacz.
Profesor Hartman wraz z żoną włożyli w odbudowę cały swój majątek i serce. I to właśnie wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Państwo Hartman doczekali się trzech synów – wszyscy trzej dożyli dorosłości w pełnym zdrowiu. Po trzech wiekach klątwa odrzuconego kochanka straciła swoją moc.

Odrestaurowany Pałac Pakoszów – współczesny widok na odrodzony majątek i pałacowy staw. Źródło: Wikimedia Commons
W 2017 roku w murach pałacu odbył się ślub jednego z synów profesora – to pierwsze wesele w tym miejscu po ponad 80 latach przerwy. Duch nieszczęśliwego tkacza, jak niesie lokalna wieść, wciąż pokazuje się nad stawem trzy razy w roku podczas pełni księżyca – ale do pałacu już nie wchodzi, jakby wreszcie odnalazł spokój, widząc, że miłość do tego miejsca ostatecznie wygrała z żalem.
Ale historia tego miejsca i okolicy jest na tyle ciekawa, że zasługuje na kolejny wpis na blogu… który ukaże się już niebawem.




0 komentarzy