Robinsonada 2026. Moja podróż przez techniki i emocje

22 cze, 2026 | Opowieści o Włóknach, Z Życia Pracowni

13 czerwca odbył się wernisaż wystawy pokonkursowej Poznańskiego Salonu „Robinsonada 2026” w Szreniawie. Tematem przewodnim tegorocznej edycji była szeroko rozumiana podróż.

Zastanawiałam się nad tym, czym tak naprawdę jest dla nas podróżowanie. Czy to tylko fizyczne przemieszczanie się w przestrzeni z punktu A do punktu B? A może to powrót do wspomnień, wędrówka do najgłębszych zakamarków naszej pamięci, pośród nagromadzonych przez lata wrażeń i uczuć? Przecież samo ludzkie życie jest najdłuższą z możliwych podróży.

Podczas oglądania tej niezwykłej wystawy prawdziwą podróżą stało się dla mnie wędrowanie po różnorodnych technikach i ludzkich emocjach. Na ekspozycji znalazło się około stu wyjątkowych prac – od rzeźb, przez malarstwo, aż po przestrzenne instalacje. Jednak moje serce, co zupełnie naturalne, najmocniej zabiło przy tkaninie artystycznej.

Rytm utkany z muzyki: Kompozycja Pani Marii Gostylli-Pachuckiej

Pierwszym dziełem, które mocno przykuło moją uwagę i zatrzymało mnie na dłużej, była unikatowa kompozycja autorstwa Pani Marii Gostylli-Pachuckiej. Autorka, będąca już dojrzałą i niezwykle cenioną mistrzynią polskiej szkoły tkaniny, nie mogła przybyć na wernisaż osobiście, jednak jej obecność była bardzo wyczuwalna w strukturze samego dzieła.

Tkanina unikatowa autorstwa Marii Gostylli-Pachuckiej, oglądana na wystawie w Szreniawie.

Maria Gostylla-Pachucka, tkanina unikatowa prezentowana na wystawie „Robinsonada 2026”

Stojąc przed tą tkaniną, czułam ogromny szacunek dla kunsztu i cierpliwości. Pani Maria, która oprócz tkactwa od lat związana jest zawodowo z muzyką i grą na fortepianie, przenosi ten świat bezpośrednio na strukturę osnowy i wątku. W jej kompozycji widać niesamowitą powtarzalność geometrycznych rytmów, a dół materiału zamyka się w miękkie linie, tak bardzo przypominające kształty tradycyjnych instrumentów. Charakterystyczny, wyrazisty splot i dojrzała kolorystyka sprawiają, że ten gobelin wydaje się żyć własnym życiem – jest w nim wewnętrzny ład i harmonia, w której chce się po prostu pobyć. Dla mnie była to poruszająca podróż w głąb tradycyjnego, pięknego rzemiosła, które niesie w sobie ponadczasowe wartości.

Młodość, kolor i bunt: „Wiara, Nadzieja, Miłość” Pani Jany Reznik

Kolejnym dziełem, które bardzo mnie zaciekawiło, był obraz tętniący radosną energią, kolorem i witalnością. Na tle wielu innych, stonowanych i mocno refleksyjnych prac na wystawie, to płótno doskonale oddawało energię młodości. Przyniosło mi to zresztą głębszą refleksję nad wiekiem autorów i ich drogami życiowymi – choć w sztuce staramy się nie szufladkować twórców, to tutaj ta świeżość była jak ożywczy, wiosenny powiew.

Gdy stałam przed tym obrazem w czerwcowe popołudnie, otoczona bujną naturą Szreniawy, moje myśli natychmiast powędrowały w stronę klasyki polskiego malarstwa. Zobaczyłam tam echa symbolizmu Jacka Malczewskiego – te pełne ekspresji postacie wydały mi się współczesnymi chimerami lub pięknymi, młodymi rusałkami niosącymi nadzieję na przyszłość. W kontekście dzisiejszych zawirowań na świecie, ten obraz otworzył we mnie okienko do nowej, odradzającej się epoki i kobiecej siły w jej sprawczym wymiarze.

Jak się jednak okazało, sztuka ma to do siebie, że każdy z nas filtruje ją przez własne doświadczenia. Gdy napisałam do autorki, Pani Jany Reznik, dowiedziałam się, że moje skojarzenia z dawnymi mistrzami były czysto subiektywne. Samo odczucie emocji było jednak bardzo bliskie, bo dzieło niesie w sobie o wiele bardziej drapieżny, osobisty manifest:

„Wiara, Nadzieja, Miłość” to obraz o twórczości rodzącej się w toksycznym środowisku — o tym, jak zewnętrzny chaos, narzucanie i ograniczenia próbują zagłuszyć to, co w nas najgłębsze. Te trzy postaci symbolizują siły, które pozwalają przetrwać i tworzyć mimo wszystko. Kolor jest tu moim językiem — głośnym, dzikim, niepokornym — bo właśnie tak wygląda sztuka, która walczy o swoje istnienie. „Kolor to jedyny język, którego nikt mi nie może zakazać.”

— Yana Reznik

Współczesny, ekspresyjny obraz Yany Reznik przedstawiający trzy dynamiczne, pełne emocji kobiece postaci namalowane nasyconymi kolorami.

Yana Reznik, Wiara, Nadzieja, Miłość – praca prezentowana na wystawie „Robinsonada 2026”

Te mocne, poruszające słowa sprawiły, że spojrzałam na te „rusałki” zupełnie inaczej – już nie tylko jako na symbol czerwcowej obfitości przyrody, ale jako na odważną, niepokorną sztukę, która szuka swojego prawa do istnienia i nie daje się zamknąć w żadnych ramach.

Światło, które wzywa: „Tallya 1” Pani Marty Krynickiej-Orzech

Kolejnym, który mnie zaciekawił, był obraz o nieco skromniejszych wymiarach (81 na 60 cm), ale o dużej sile przyciągania. Mowa o pracy „Tallya 1” autorstwa Pani Marty Krynickiej-Orzech.

Choć na płótnie nie znajdziemy natłoku szczegółów, a forma jest oszczędna, obraz ma w sobie coś przyciągającego. Dla każdego może on przedstawiać coś zupełnie innego, jednak dla mnie stał się przede wszystkim opowieścią o wydobywającym się z głębi świetle. Stojąc przed nim, poczułam przemożną ochotę, by zbliżyć się, pójść krok dalej i sprawdzić, co skrywa się za tą wnęką, prześwitem w ścianie czy tajemniczym oknem. To jedno z tych dzieł, od których po prostu trudno oderwać wzroku – człowiek wpatruje się w nie i podąża za tym blaskiem, pragnąc odkryć, co jest dalej.

Gdy zapytałam autorkę o tę niezwykłą kompozycję, z zachwytem odkryłam, że moje wrażenie podążania za światłem dotknęło samego sedna jej inspiracji:

„Praca Tallya 1 przedstawia wyobrażeniową przestrzeń, do której nieustannie dociera światło. Jasny ślad podróży fotonów przemierzających kosmos, materię i czas. Fascynuje mnie fakt, że to właśnie światło jest jednym z najbardziej podstawowych nośników informacji o rzeczywistości jaką znamy. Inspiracją do powstania tej pracy było miejsce pełne słońca i światła. Mała miejscowość Tallya, gdzie o świcie i zmierzchu promienie zaglądały do wnętrz domów, rysując na ścianach i podłogach efemeryczne obrazy. Obserwacja tych codziennych wędrówek światła stała się punktem wyjścia do refleksji nad naszą własną obecnością w świecie: chwilową, a zarazem nierozerwalnie splecioną z energią, ruchem i nieustanną podróżą cząstek w przestrzeni.”

— Marta Krynicka-Orzech

Oszczędna, abstrakcyjna kompozycja malarska Marty Krynickiej-Orzech zatytułowana Tallya 1, przedstawiająca wyobrażeniową przestrzeń z motywem prześwitu i wędrującego światła.

Marta Krynicka-Orzech, Tallya 1 – praca prezentowana na wystawie „Robinsonada 2026”

Niezwykłym dopełnieniem tej rozmowy było zdjęcie, które przesłała mi Pani Marta – uwieczniła na nim swój obraz w otoczeniu naturalnego, świetlnego spektaklu cieni. W kontekście tematu całej wystawy, ta praca to dla mnie poruszająca, bliska, a zarazem przestrzenna podróż najmniejszych cząstek, które rozświetlają naszą codzienność.

Pejzaż ciszy: „Melancholia jesieni” Pani Niny Zielińskiej-Krudysz

Ten obraz wciągnął mnie w swój unikalny świat – była to praca Pani Niny Zielińskiej-Krudysz o niezwykle wymownym tytule „Melancholia jesieni”.

Stojąc przed nim, pomyślałam, że jeśli jesień i melancholia miałyby mieć swoje dosłowne oblicze, wyglądałyby dokładnie tak. To czas późnego przedzimia, kiedy kolorowe liście już dawno opadły, a świat pod zmrużonymi powiekami zaczyna tracić ostre kontury. W tej pracy zaklęty jest przede wszystkim czysty, głęboki nastrój. Dla mnie osobiście to moment, w którym organizm zupełnie zwalnia, przestawiając się na cichy, zimowy tryb. Granice się zacierają – nie wiesz już, czy to jeszcze późna jesień, czy już wczesna zima, bo wszystko wokół zaczyna brzmieć jednym, monotonnym tonem.

I właśnie wtedy, paradoksalnie, zaczynamy dostrzegać subtelne barwy i cienie, których nie zauważamy o żadnej innej porze roku, bo latem czy wiosną bodźców i kolorów jest po prostu za dużo. Ten obraz pozwala odciąć się od zewnętrznego hałasu. Przypomina poranek, kiedy budzimy się, a wokół panuje jeszcze półmrok, światło sączy się leniwie, a my jesteśmy przyjemnie senni.

Wielu ucieka przed tym stanem, mówiąc o stanach depresyjnych czy wspominając o słynnym, najbardziej ponurym dniu w roku – Blue Monday. Ja jednak te chwile i tę porę roku również lubię. Uważam, że w naszym życiu naturalnie musi być miejsce na różne nastroje. Przyroda uczy nas, że nie może przez cały czas być kolorowo, intensywnie i kwitnąco. Potrzebujemy tego wyciszenia, by odpocząć od codziennego pędu. W tym obrazie każdy z nas może zobaczyć coś innego. Jeden dostrzeże surowy pejzaż z lasem węgla, inny linię kolejową biegnącą ku zamglonemu miasteczku. Gdy zapytałam autorkę o jej komentarz do pracy, Pani Nina z uśmiechem odpowiedziała, że nie chciałaby niczego narzucać.

„Nie, nie trzeba dodawać cytatu :)”

— Nina Zielińska-Krudysz

Stonowany, nastrojowy obraz Niny Zielińskiej-Krudysz zatytułowany Melancholia jesieni, przedstawiający surowy, zamglony pejzaż w duchu późnego przedzimia.

Nina Zielińska-Krudysz, Melancholia jesieni – praca prezentowana na wystawie „Robinsonada 2026”

Ta krótka odpowiedź jest zaproszeniem do dialogu z obrazem. Autorka zostawia nam całkowitą wolność, pozwalając, by każdy z nas odnalazł w tych szarościach i strukturach swój własny rodzaj melancholii, swoją osobistą jesień i swoją ukrytą na dnie serca emocję.

Świadomość zbiorowa: „Zbiór 2” Pana Waldemara Rudyka

Kolejnym dziełem, które zaintrygowało mnie swoją surową, fizyczną formą, był obiekt „Zbiór 2” Pana Waldemara Rudyka. Moją uwagę natychmiast przykuła niecodzienna technika – tajemnicze blaszki i metalowe elementy zawieszone na kompozycji. Stojąc przed tą pracą, człowiek zaczyna zadawać sobie pytania: czym są te poszczególne części? Skąd pochodzą?

Ta zagadkowość otwiera drzwi do bardzo szerokiej interpretacji. Sam tytuł – „Zbiór” – uruchomił we mnie lawinę myśli o nas samych. Przecież każdy z nas jest takim żywym zbiorem. Kolekcjonujemy przedmioty, nosimy w sobie zbiory wspomnień, okruchy pamięci i osobiste schematy, które dla każdego z nas są unikalne i niepowtarzalne. Z drugiej strony, w pracy Pana Waldemara widać pewną powtarzalność – elementy są do siebie podobne, a jednak każdy z nich, gdy przyjrzymy się z bliska, jest zupełnie inny. To piękna metafora naszej zbiorowości: funkcjonujemy w jakiejś wspólnej, zbiorowej świadomości, będąc jednocześnie osobnymi, jednostkowymi bytami.

Sam autor, pytany o tę serię, podkreśla, że jego prace są efektem poszukiwań na pograniczach natury i kultury. Podpowiedział mi również, że te zmagania z materią i pamięcią bardzo trafnie ujęła znana poetka i dramatopisarka, Pani Joanna Oparek, w tekście dedykowanym jego twórczości:

„Waldemar Rudyk zbiera ślady. Konstruując swoje obiekty, posługuje się elementami, które mają już własną historię i pamięć – fragmentami drewna, metalu, strukturami organicznymi. (…) Jego 'Zbiory’ to nie tylko akumulacja przedmiotów, ale próba dotknięcia tkanki czasu. To archeologia pamięci, w której każdy drobny element staje się nośnikiem unikalnej opowieści, zawieszonej między porządkiem natury a chaosem ludzkiego doświadczenia.”

— Pani Joanna Oparek (o twórczości Pana Waldemara Rudyka)

Surowy obiekt artystyczny Waldemara Rudyka z serii Zbiór, stworzony w technice własnej z użyciem metalowych blaszek i elementów o zróżnicowanej fakturze.

Waldemar Rudyk, Zbiór 2 – obiekt nagrodzony III miejscem na wystawie „Robinsonada 2026”

Metalowe blaszki, naznaczone własną, nieznaną nam przeszłością, idealnie dopełniają ideę podróży przez czas i pamięć. Pokazują, że rzemiosło i sztuka potrafią tchnąć nowe życie w to, co z pozoru zostało już porzucone – ta wyjątkowa praca Pana Waldemara została nagrodzona trzecim miejscem w konkursie.

Granice obecności: „Zaprzeczenie” Pani Marioli Janiszewskiej

Do chwili refleksji skłoniło mnie spotkanie z pracą Pani Marioli Janiszewskiej, zatytułowaną bardzo sugestywnie: „Zaprzeczenie”.

To obraz utkany z pięknych, spokojnych odcieni fioletów, błękitów i barwnych plam. Sama postać człowieka jest tu celowo rozmyta, niewyraźna, jakby wycofywała się w cień. Tym, co wysuwa się na pierwszy plan i natychmiast przykuwa wzrok, jest niezwykle wyraźnie przedstawiona ręka. Gest, który wykonuje, odebrałam bardzo osobiście – to uniesiona dłoń mówiąca: „Stój. Zatrzymaj się. Nie wchodź dalej i zostaw moją osobistą przestrzeń w spokoju”. W zależności od tego, z jakim nastrojem podejdziemy do tego płótna, ten gest może znaczyć coś zupełnie innego. Choć pozornie dłoń ta nie zaprasza do środka, to właśnie poprzez to wyraźne zatrzymanie najbardziej ciekawi i nie pozwala przejść obok siebie obojętnie.

Kiedy napisałam do autorki, Pani Mariola potwierdziła, że ta niedopowiedziana, otwarta forma jest w pełni zamierzona, a obraz ma być lustrem dla naszych własnych przeżyć:

„Myślę, że żaden cytat tutaj nie oddałby przekazu tej pracy, bowiem jest to refleksja nad współczesnym człowiekiem. Interpretację zostawiam odbiorcy, gdyż opis nie jest wymagany w przypadku tego konkursu. Cytat mógłby także coś nasuwać odbiorcy, czego staram się unikać, gdyż każdy z nas ma inną wrażliwość i inne doświadczenia.”

— Mariola Janiszewska

Obraz Marioli Janiszewskiej zatytułowany Zaprzeczenie, namalowany w odcieniach fioletu i błękitu, przedstawiający rozmytą postać ludzką z wyraźnym gestem uniesionej dłoni.

Mariola Janiszewska, Zaprzeczenie – praca prezentowana na wystawie „Robinsonada 2026”

Współczesny człowiek nieustannie szuka równowagi między potrzebą kontaktu a obroną własnych granic, a ta praca w piękny sposób tę potrzebę ochrony własnego „ja” uwiecznia.

Czysta esencja: „Drzewo Życia 1” Pani Jolanty Kontek

Ostatnim z dzieł, przy którym chciałabym Was na chwilę zatrzymać i które pięknie zamyka te pełne wyrazu opowieści, jest „Drzewo Życia 1” Pani Jolanty Kontek. Ta praca to właściwie skompresowana, pulsująca energia. Choć tytuł sugeruje konkretny motyw roślinny, to płótno jest całkowitą, swobodną abstrakcją.

Podczas wernisażu miałam wrażenie, że stoję przed eksplozją radosnej siły twórczej, którą autorka przelała na materiał za pomocą techniki mieszanej. Oglądanie tego obrazu sprawia ogromną, czystą przyjemność – tutaj nie trzeba na siłę doszukiwać znajomych kształtów czy konkretnych form. Liczy się samo wrażenie, chwila obecna i ładunek emocjonalny, który bije z każdego centymetra płótna. To sztuka, którą odbiera się intuicyjnie.

Gdy zapytałam autorkę o jej osobisty komentarz, Pani Jolanta podarowała mi przepiękne, poetyckie zdanie, które idealnie tłumaczy ten energetyczny mikrokosmos:

„Drzewo życia rozkwita tam, gdzie chaos odnajduje swój rytm, pamięta korzenie i śni o gwiazdach.”

— Jolanta Kontek

Te słowa dopełniają obraz i podsumowują ideę podróży – tej najbardziej pierwotnej, zakorzenionej głęboko w ziemi, a jednocześnie wybiegającej daleko w stronę gwiazd.

Abstrakcyjny, pełen ekspresji obraz Jolanty Kontek zatytułowany Drzewo Życia 1, wykonany w technice mieszanej, emanujący energią i kolorem.

Jolanta Kontek, Drzewo Życia 1 – praca prezentowana na wystawie „Robinsonada 2026”

Wystawa była dla mnie lekcją uważności i spotkaniem z ludźmi, którzy szukają w rzemiośle i sztuce ucieczki od masowości. Każda z tych prac pokazała mi, że podróż niejedno ma imię, a techniki, którymi się posługujemy, to tylko narzędzia do opowiadania naszych wewnętrznych światów.

Wystawa pokonkursowa „Robinsonada 2026” w Muzeum Narodowym Rolnictwa w Szreniawie potrwa przez całe lato, aż do końca sierpnia. Jeśli będziecie w okolicy, koniecznie zarezerwujcie sobie popołudnie, by stanąć twarzą w twarz z tymi wszystkimi emocjami.

Fotografie: Agnieszka Kromolicka, Sonia Klemińska, Bożena Maciejewicz oraz Marta Krynicka-Orzech (zdjęcie pracy „Tallya 1”).

0 komentarzy

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *